…, bo polskie.

Gdzie się nie obejrzę, czy to na forach internetowych, czy portalach społecznościowych, na branżowych grupach, czy nawet w rozmowach interpersonalnych, przewala się temat i wojenka – „Wspierajmy polskie palarnie! Nie umywają się do zachodnich, ba, są lepsze, a niedoceniane!”, a z drugiej „Wolę zapłacić więcej i czekać na przesyłkę z Zachodu, przynajmniej się nie zawiodę…”. Czy w Polsce jest dobra kawa? Owszem, ale w tej dyskusji o czymś się zapomina. 

Na pewno z punktu widzenia wykształconego baristy, właściciela palarni czy importera niekoniecznie dużo kaw w swoim życiu spróbowałem, ale też jakoś szczególnie mało ich nie ma. I z Polski i zza granicy. I w Polsce i za granicą. Na pewno wystarczająco by wyrobić sobie pewne zdanie w tym całym sporze. Dzisiejszy wpis będzie poszerzoną wersją jednej z moich wypowiedzi na facebookowej grupie Right Direction poświęconej tematyce kawiarniano-kawowej. Ze dwa – trzy miesiące temu rozległ się krzyk, gdy ktoś zaproponował zakupy w jednej z niemieckich palarni i pytał się, czy czegoś komuś nie przywieźć – toż to skandal, że śmiesz kupować kawę w Berlinie, skoro w Warszawie jest równie dobra! – parafrazując. 

Dyskusja sprowadziła się do wymiany argumentów „polskie palarnie są najlepsze” vs. „zagraniczne palarnie są najlepsze”
 
Mi naprawdę nie trzeba wykładać lekcji patriotyzmu, zamiłowania do własnego kraju, tradycji, kultury, kuchni i szacunku do historii (a założę się, że wielu osobom biorącym udział w tej dyskusji i krzyczących „tylko polska kawa!”, gdyby siąść przy wódce, okazałoby się, że światopoglądowo aż tak za Polską nie są. Ale nie o tym mowa.). Prosta sprawa – czy to, że lubię polską kuchnię ma mnie ograniczać tylko do niej, bo jeśli pójdę do francuskiej knajpy, to jestem już zdrajcą psującym polski rynek kulinarny? No właśnie, odpowiedź jest oczywista – nie. Jestem osobą, która wyjeżdżając za granicę urlopowo (a tylko tak to robię, nigdy zarobkowo), chcę garściami czerpać z tamtejszej kuchni, próbować lokalnych wyrobów, wchodzić do małych sklepików czy kawiarenek na uboczu, z dala od turystycznych arterii. I zawsze z takich wypraw przywożę sobie jakieś składniki, albo po prostu same idee kulinarne, które stosuję potem z powodzeniem we własnej kuchni, nie zapominając jednocześnie o miłości choćby do sernika. 
 
Z kawą jest podobnie. Mówię to cały czas tylko i wyłącznie z mojego punktu widzenia – indywidualnego klienta, parzącego kawę w domowym zaciszu – po to mam otwarty świat, by móc wybierać sobie z niego to, co najlepsze. I tak, zdarza się, że za granicą znajdę rzeczy lepsze niż w Polsce, mimo, że są podobne. Albo takie, których w Polsce w ogóle nie dostanę. Nie dajmy się zwariować. Wszystko sprowadza się do bardzo dużego uogólnienia – nie można powiedzieć że polskie palarnie nie ustępują tym zagranicznym, tak samo, jak nie można powiedzieć, że te zagraniczne są zawsze najlepsze. To kłóci się z podstawowymi zasadami retoryki i sztuki prowadzenia dyskusji. Jeśli mamy porównywać, trzeba wziąć kilka paczek z różnych palarni tej samej kawy, przygotować cupping i na ślepo sprawdzać. I za każdym razem wynik będzie inny. Raz wygra coś z polski, raz spoza naszego podwórka. Jedno niestety muszę z bólem przyznać, choć na pewno nie jest to obiektywna ocena, wyrobiona na podstawie własnych doświadczeń – poziom wielu polskich palarni, tych z czołówki, znanych i cenionych, jest dla mnie nierówny. Raz trafia się coś pysznego, a potem, zachęcony, udaję się znów na zakupy, a tu coś słabego. Oczywiście nie mam tu na myśli trzymania takiego samego poziomu przez lata, jak czynią to włoskie fabryki espresso italiano, które są przez dziesięciolecia tak samo spalone, płaskie i mało ciekawe. 
Jako, że cenię dobrą jakość kawy, jeśli decyduję się zrobić zakupy gdzieś za granicą, wybieram te, które podobno coś znaczą, mają renomę. I generalnie, nie było czegoś takiego, że było to coś słabego i niepijalnego. Tylko, że jak się decyduję na kawę w Polsce, to również nie biorę byle czego, często w cenie takiej, jakbym zapłacił w zachodnich palarniach. I potem z efektem w filiżance bywa różnie. Naprawdę. Brakuje mi po prostu w miarę równego poziomu w ramach tej samej palarni. 
 
Ale nie da się ukryć, że z polskimi palarniami jest jeden wielki plus – bezproblemowy kontakt, błyskawiczna wysyłka, wręcz przyjacielskie stosunki, wiele osób zna się osobiście. 
 
Dużo osób z branży narzeka, że Polacy zachwycają się kawami, ot, choćby z Wielkiej Brytanii czy Szwecji, ale już Szwedzi czy Brytyjczycy nie kupią kaw w Polsce. Tak. Niemiec jest przyzwyczajony do tego, że niemiecki wyrób jest najlepszy, tak samo Szwed czy Brytyjczyk. W Polsce mnóstwo szkód wyrządziła trwająca nieprzerwanie od 1944 roku przez kilkadziesiąt lat komuna, która skutecznie psuła polski rynek, polskie wyroby i polską opinię na temat własnych wyrobów. W czasie, gdy Zachód rozwijał się, kwitł, zdobywał, odkrywał i opracowywał, my tkwiliśmy w marazmie i marzyliśmy o tym, by w końcu coś się zmieniło (my – Polacy. Nie mówię konkretnie o sobie, gdyż ominęły mnie te czasy prawie całkowicie). Tu można dopatrywać się pewnych socjologicznych aspektów, czemu niechętnie Polacy kupują w swoich lokalnych palarniach. Po drugie, te najbardziej widoczne w sklepach marki polskiej kawy, typu Woseba czy MK Cafe, nie są pijalne, nawet dla niewprawionego kawosza. Stąd pokutuje przesąd, że polska kawa jest słaba. 
 
Ale pozostaje sprawa samych polskich palarni. Czy stawiają na marketing? Czy stawiają na ładne opakowania i czytelne strony www, które są aktualizowane na bieżąco, a do tego można je przeczytać w innym języku niż polskim? No właśnie. Może tu też tkwi problem polskiej branży kawowej? Z opakowaniami jest coraz lepiej, nie powiem, podobnie z logotypami i wizerunkiem marki. Ale jeszcze niedawno, było bardzo słabo. A powiedzmy sobie szczerze, w przypadku biznesu ciężko być idealistą, że klient doceni ziarno bez patrzenia na opakowanie. Zwłaszcza nowy klient. 
 
Do tego strony internetowe, które w przypadku niewielkich palarni, są jedynym sposobem na dotarcie do klienta, nie licząc sprzedaży poprzez zaprzyjaźnione kawiarnie. Brakuje ładnego projektu, przejrzystości. A jeśli to jest, to w wielu, wielu przypadkach strona jest nieaktualizowana, w e-sklepie, jeśli jest, nie ma najnowszych produktów, brakuje opisów.
 
Nie wspomnę już o wyjściu na przeciw klientowi zagranicznemu. Począwszy od samego wypozycjonowania anglojęzycznych fraz związanych z polską kawą/palarnią w popularnych wyszukiwarkach, możliwości przełączenia strony na wersję po angielsku, czy podania informacji o możliwości wysyłki za granicę. 
Zwiedziłem kilka stron zagranicznych palarni, które to podobno są na takim samym lub nawet niższym poziomie niż nasze polskie. Nawet jeśli są gorsze, to w cuglach wygrywają komunikacją z klientem (poprzez stronę, nie mówię o kontakcie bezpośrednim), spójnością brandu, pokazaniem, że czekamy tu na CIEBIE! 
Tak, zadowolony klient wróci, poleci nawet swojemu znajomemu. Ale nie można polegać w tej chwili tylko na marketingu szeptanym. Nie można polegać tylko na żelaznym elektoracie. Skoro mamy promować polskie produkty, róbmy to z rozmachem, stawiając jednocześnie na rozwój, szkolenia, naukę nie tylko innych, nowych kawoszy, ale i siebie, tych, którzy są odpowiedzialni za przekazanie klientowi jak najlepszego produktu (nie implikuję, że obecnie tego nie ma. Wskazuję tylko, że jest to niezbędne). W końcu o to chodzi w produktach z segmentu wyższego niż sklepowa mieszanka.
 
Proszę zauważyć, że obecnie jest bardzo duży trend na odnajdywanie tzw. prawdziwych produktów, cokolwiek by to nie znaczyło. Ludzie powoli szukają dobrego piwa, robionego z pasją, szukają dobrej jakości warzyw, wybierają lepsze mięso, poszukują nowych rozwiązań w swoim jadłospisie. Nie można zaprzepaścić tego momentu, jeśli chodzi o kawę, bo wówczas naprawdę ciężko będzie pokazać klientowi, że w Polsce można dostać dobry produkt. Można, ale niech on będzie dobry zawsze, a nie w większości przypadków. 
 
Pewnie ludzie stricte z branży wyśmieją wiele moich argumentów, powiedzą coś o naiwności, zbyt prostym postrzeganiu pewnych rzeczy i uogólnieniach. Tak, jest tu pewna prostolinijność i uproszczenia, skróty myślowe. Jednak czasami spojrzenie z boku, co ja robię, wnosi powiew czegoś nowego, pokazuje to, co leży przed nosem, ale może nie jest zauważane siedząc w tym po uszy.