Kwaśno, Panie, kwaśno! – Psychologiczne podejście do tematu

Kwaśna kawa - podejście psychologiczne

Widzę, że nie daje Wam spokoju kwaśna kawa. Statystyki odwiedzin nie kłamią i najczęściej właśnie tego poszukujecie u mnie na blogu. No dobrze. Zmierzmy się z tym raz jeszcze.

O tym, że kwaśna kawa jest i ma się dobrze w powszechnej świadomości, pisałem praktycznie zaraz po otwarciu niniejszego bloga w artykule Poleć Pan coś! Byle nie kwaśneW tekście wspomniałem między innymi, że kwaśna kawa może brać się z tego, że jest zaparzona w zbyt niskiej temperaturze, w niewłaściwych proporcjach, z kiepskiej jakości ziaren bądź barista nie spisał się. Albo, że ta kawa po prostu tak ma i mieć powinna.

Dziś wpis przekonujący nieprzekonanych (bez podtekstów proszę, ten artykuł przetrwa dłużej niż obietnice przedwyborcze i zrobi Wam zdecydowanie lepiej, bo realnie wpłynie na Wasze życie), że kwaśna kawa to często bariera tylko psychologiczna.

Wzbraniacie się przed kwaśną kawą. Kawa powinna być mocna, gorzka, czarna, smolista. Zero kwasowości. Tak przynajmniej jesteście przyzwyczajeni, bo po pierwsze, taki funkcjonuje archetyp kawy w społeczeństwie, po drugie, bo wydaje się Wam, że przecież kwaśne są owoce, albo coś zepsutego, a kawa nie jest ani jednym ani drugim.

Błąd. Jak wspominałem w pierwszym tekście, na rynku dominują ciemno palone mieszanki rodem z Włoch lub palone na modłę włoską. Wszystko po to, by zamaskować spaleniem ziaren ich niską jakość, tłumacząc się właśnie tym myśleniem, że przecież nikt nie lubi kwaśnej kawy i powinna być ona gorzka. Więc skoro na kawie jeszcze się nie znacie i Wasza jedyne wspomnienie na myśl kwaśna kawa oznacza jakąś zalewajkę u szefa w biurze, wcale mnie nie dziwi, że wzbraniacie się przed tym, jak tylko się da.

Ale teraz zakładamy, że trafiacie w miejsce, gdzie na kawie się ktoś zna. Do dobrej kawiarni, albo dobrego znajomego. I tam tłumaczy się Wam, żebyście nie byli mięczakami, mieli cojones i spróbowali tego, jak kawa powinna smakować. I robicie to.

Tu na razie zatrzymamy się i spróbuję przygotować Was psychicznie do tego spotkania. Jak wspomniałem, kawa ma w sobie naturalną kwasowość i powinno się to zaakceptować. Kawa, którą pijemy, jest zaparzana z ziaren. Skoro są to ziarna, to znaczy, że nie rosną one bezpośrednio gdzieś na krzaczku, a znajdują się wewnątrz jakiegoś owocu (bo zboże to nie jest). Konkretnie w wiśni owocu drzewka kawowego. Dojrzałe owoce zbiera się i poddaje procesowi obróbki (przede wszystkim na sucho lub na mokro), żeby wyłuskać ziarno, które potem trafia do palarni i do Waszego młynka. Czy owoce są gorzkie? Czy kompot jest gorzki? A może wino? Próbując dobrej kawy, nie myślcie o tym, że jest to kawa, tylko skupcie się na tym, czy Wam to smakuje. Warto zadać sobie pytanie, czy gdyby to nie była kawa, to czy by mi to smakowało (pozwoliłem sobie sparafrazować ten fragment od Błażeja Walczykiewicza, z jego bloga)?

Trzeba także pamiętać o niuansach smakowych. Kwaśność kwaśności równa nie jest. Cytryna jest kwaśna, kefir jest kwaśny, jabłko także jest kwaskowate. A jednak nasz język i umysł rozpoznają i różnicują te niuanse. Podobnie jest z dobrą i złą kawą. Dobra kawa posiada kwaskowatość porównywalną do owoców, czyli jest to rodzaj słodyczy. Dlatego na kawach z opisanymi profilami smakowymi znajdują się informacje o poziomie słodyczy. Ale nigdy to nie będzie rodzaj typu słodycz dwóch łyżeczek cukru, tylko przykładowo słodycz malin czy czarnej porzeczki. A każdy przecież wie, że choć maliny są kwaskowate, to są słodkie, prawda?

Czym innym jest nieprzyjemna kwaśność prowadząca do cieprkości, która ściąga język i całą twarz w paskudnym grymasie. Podobnie jest w przypadku win. Wiele osób zarzeka się, że pija tylko słodkie wina, no, może ewentualnie, po namyśle, półsłodkie i omija szerokim łukiem wina wytrawne. A dzieje się tak, że złej jakości wina wytrawne, wytrawne wcale nie są, tylko dominuje w nich cierpkość, kwaśność i brak głębi. A dosłodzone wino niskiej jakości jest tak słodkie, że doskonale chowają się przy tym niedoróbki smakowe.

Oczywiście, tolerancja na kwaskowatość u każdego jest inna. Ktoś uwielbia duże, zielone, kwaśne jabłka, a ktoś inny wybiera tylko te mocno czerwone i bardzo słodkie. Jedni mogliby pić kompot z rabarbaru całymi dniami, drudzy tylko ten z truskawek. Podobnie jest z kawami, których na szczęście jest tak duży wybór, że śmiało można znaleźć takie, które będą dobrej jakości, zachwycą smakiem i aromatem, a jednocześnie nie zniechęcą ekstremalnymi doznaniami.

Ważny jest punkt odniesienia. Im więcej się spróbuje, im więcej się pozna, tym łatwiej potem wyrobić sobie opinię i poniekąd poznać siebie. W Polsce coraz łatwiej jest znaleźć miejsca, gdzie można napić się dobrej kawy, gdzie można spróbować ziaren z różnych palarni i zakątków świata. Warto dać się poprowadzić, jeżeli nie wiemy, na co się zdecydować. Bo po co wybierać się do dobrej kawiarni, w nowe miejsce, skoro i tak chce się zamówić coś niesmacznego, w momencie, kiedy właśnie można dostać coś, co może nie zrewolucjonizuje życia, ale przynajmniej da nowe doświadczenie i nowy punkt odniesienia?