Seul. Przewodnik nie tylko na kawę.

seul przewodnik

Seul. Stolica Korei Południowej. Kilkunastomilionowa aglomeracja tętniąca życiem, zachodnimi trendami oraz azjatycką egzotyką. Miejsce, gdzie panuje chyba największe na świecie stężenie QGraderów, a na kawiarnie natkniemy się co kilkadziesiąt metrów. Po nieco ponad tygodniowym pobycie w Seulu, jestem nim zauroczony i szczerze polecam wycieczkę w ten region świata.

Wschodnia zachodniość

Przed dwoma tygodniami pisałem, że Seul mnie wzywa ze względu na odbywające się tam Mistrzostwa Świata Baristów 2017, Mistrzostwa Świata Aeropress 2017 oraz targi Cafe Show. Połączyłem nieco pracę z wakacjami i zostałem w stolicy Korei Południowej nieco dłużej, by móc trochę bardziej zagłębić się w ten egzotyczny świat odległej Azji.

Podróż do Seulu była moim pierwszym zetknięciem się z tą częścią świata i naprawdę nie mogłem się doczekać na to spotkanie. Tym bardziej, że bardzo mi smakuje ichnia kuchnia, a jedzenia nigdy nie odmawiam… Oczywiście, poza doznaniami smakowymi oczekiwałem czegoś więcej i nie zawiodłem się na Korei.

Pierwsze, co uderza w południowokoreańskiej stolicy, to nowoczesność. Nocleg miałem w słynnej dzielnicy Gangnam (tak, stąd Gangnam Style) – potężne drapacze chmur, błyszczące biurowce, zagospodarowany każdy metr przestrzeni. Skojarzenia z nowojorskim Manhattanem jak najbardziej prawidłowe, tyle że w ten zachodni sznyt wchodzi azjatycka egzotyka i koloryt, którego nie da się pomylić z żadnym innym. I takie wrażenie towarzyszy mi właściwie przez cały mój ponadtygodniowy pobyt Seulu. Zachód jest tam, na wschodzie, w cenie. Koreańczycy chętnie przyjmują i adaptują na swoje potrzeby różnego rodzaju wzorce i pomysły z Europy bądź Stanów. Ale nie jest to też bezmyślne kopiowanie, a właśnie aranżacja, tworząc niepowtarzalny koloryt.

 

 

Mój wyjazd nie był stricte turystyczną podróżą, a przez to obfitował w wiele kontaktów z różnymi ludźmi. Obrazowo – na jednej z kolacji, już na koniec Cafe Show, wraz z Alesem i Radkiem z European Coffee Trip zostaliśmy zaproszeni przez wspaniałych ludzi z Black Water Issue przy jednym stole siedzieli Czesi, Koreańczycy, Chińczycy, Nowozelandka mieszkająca w Japonii no i jeden Polak – ja. Czasu i możliwości do wymiany wielu spostrzeżeń było naprawdę sporo. Pośród tych wieści utkwiła mi taka informacja, że gdy Koreańczyk jest bogaty i chce się z tym pokazać, kupuje niekorańskie produkty – Ferrari, iPhone czy Mercedesa. Samsungi, LG, Hyundaie czy KIE są dla pospólstwa.

Ale przy jednoczesnym pożądaniu dla zachodnich produktów, silnie dba się o własną tradycję, jak choćby publiczne łaźnie i sauny (jjimjilmbang), wspólne jedzenie (mimo potężnego odsetka ludzi samotnych) oraz zamiłowanie do alkoholu i zabawy. Nadal wśród ludzi widać takie zasady przy stole, jak trzymanie dwoma rękami szklanki, gdy ktoś nam nalewa alkoholu i nigdy nie nalewanie sobie samemu.

Schludność i smak

Seul to potężna metropolia z kilkunastomilionowym społeczeństwem. Wielkie miasto – wielki bałagan i brud. Ale nie w stolicy Korei Południowej. Do tej pory nie potrafię wyjść z podziwu, jakim cudem tak ogromny organizm miejski może być tak zadbany, niezaśmiecony, czysty i bez nieprzyjemnego zapachu. Niezależnie, czy szedłem wielką aleją Teheran-ro na Gangnamie, czy kręcąc się po zaułkach imprezowej części Itaewon-dong. Wszędzie mnóstwo zieleni wkomponowanej w betonowy pejzaż i stosunkowo dużo zachowanych części zielonych, jak choćby park Namsan, gdzie znajduje się najsłynniejszy punkt widokowy – wieża N-Tower.

 

Ponadto, Seul leży na bardzo zróżnicowanym terenie, bardzo pagórkowatym, z bliskością morza oraz skalistymi górami z prawdziwego zdarzenia, wyłaniającymi się niespodziewanie na horyzoncie w wielu punkach miasta. To powoduje, że miasto nie jest nudne. Każda część oferuje zupełnie inne doznania architektoniczne i estetyczne. Wspomniany Gangnam to dzielnica typowo korporacyjno – biznesowa. To jedna z nowszych części miasta. Po tej stronie rzeki, nieco na wschód (Jamsil-dong), od razu można trafić na tereny związane z Igrzyskami Olimpijskimi z 1988 roku, czyli stadion i park. Tam też, wysiadając na stacji metra Jamsil, można trafić do potężnego centrum handlowego. Dotarłem tam przez przypadek, chcąc dostać się do ładnie wyglądającego na mapie parku. Infrastruktura była tak rozrośnięta, że nawet nie udało mi się wydostać na powierzchnię… Czas gonił i musiałem wracać z powrotem na targi Cafe Show.

Jadąc na drugą stronę rzeki Han, na północ, możemy dotrzeć do dzielnicy Jongno-Gu, gdzie znajduje się jedna z ważniejszych atrakcji turystycznych, czyli pałacu Gyeongbokgung. Wstęp niedrogi, w okolicach 3$, a teren rozległy, po którym można swobodnie spacerować. Po zwiedzaniu wybrałem się na eksplorację przestrzeni na wschód, pomiędzy pałacem Gyeongbokgung a pałacem Changdeokgung, powyżej pomarańczowej linii metra. Tam zauroczyły mnie wąskie, kręte uliczki, niewielkie domostwa utrzymane w tradycyjnym, koreańskim stylu i liczne pracownie designerskie, projektowe i rękodzielnicze. I znów schludnie, czysto, zadbanie.

Seul

Seul to różnorodność /fot. własne

To oczywiście tylko przykłady, gdzie można się szwendać i co Seul może zaoferować. Takich miejsc odwiedziłem jeszcze kilka, za każdym razem spotykając się z czymś innym – od wielkomiejskiego rozbuchania, po niewielkie, lokalne sklepiki z zieleniną i produktami spożywczymi, których nigdy w życiu nie widziałem na oczy.

Właśnie tu dochodzę do bardzo ważnego dla mnie punktu opowieści – jedzenia. Były potrawy kupowane w niewielkich budkach przy ulicy, były smaki z hipsterskich foodtrucków oraz koreańskie knajpy, gdzie nie uświadczyło się żadnej nieazjatyckiej twarzy wśród gości, a o anglojęzycznej obsłudze oraz menu można było zapomnieć. Słowem – #najlepiej. Nie mogłem odpuścić też różnego rodzaju gotowych przekąsek ze sklepów czy wyboru choć jednej zupki w proszku z całego arsenału na półce. Niezależnie od przedziału cenowego i skomplikowania potrawy – było pysznie. Ani razu nie przejechałem się na jakości jedzenia, nie skończyło się na całonocnym cierpieniu, ani nawet na odstawieniu niedokończonej porcji ze względu na smak. Nic. Zawsze wszystko wykończone do ostatniego listka kimchi.

Seul Korea jedzenie

Jedzenie! /fot. własne. Zjedzenie też własne.

A Koreańczycy jedzą dużo i często. Są azjatyckie zupy z makaronem, jest grillowany boczek lub wołowina (bardzo popularne są restauracje, gdzie ruszty są wbudowane w stół, przy którym siedzimy). Nie brakuje ryb i owoców morza. W jednej z modnych budek w Itaewonie jadłem malutkie ośmiorniczki smażone w cieście. Choć stopień wysmażenia można było określić jako coś między blue a rare, było bardzo zacnie, skomponowane z płatkami rybnymi i wyrazistymi sosami. Ciekawym doświadczeniem smakowym był rodzaj chłodnika z makaronem, który chętnie jest zamawiany po zjedzeniu grillowanych mięs. Zupa ta nie jest po prostu zimna. Zakrawa wręcz o zmrożenie. A przy tym jest pyszna, konkretna w smaku, niezależnie czy wybór padł na wersję łagodniejszą (niczym pełny rosół z silnym akcentem zielonego ogórka) czy ostrzejszą.

Potrzebujecie jeszcze jakiś rekomendacji?

Kawa

Oczywiście, nie mogło zabraknąć tej części opowieści! Koreańczycy nie mogą się czymś po prostu interesować. Oni zainteresowanie przekuwają od razu w dążenie do perfekcji. Podobno Korea Południowa ma jedne z największych stężeń Q-Graderów na świecie – blisko dwa tysiące certyfikowanych ludzi! Seul to kawiarnia pojawiająca się średnio co 50 metrów. Uwielbiają kawę, mimo że jest to produkt w Korei drogi, niezależnie czy mówimy o kawie w sieciówce czy w kawiarni specialty. Przykładowo, za dripa płaciłem średnio 6-8$, espresso 4-7$ (ceny piw kraftowych też wysokie – 6-10$ za kufel). Seul to też miasto, gdzie istnieją dziesiątki mikropalarni kawy. Gros kawiarni ma swój własny piec i pali na miejscu ziarna. Nie sposób odwiedzić i zobaczyć wszystkie miejsca, nawet mieszkając tam na stałe. Jakby tego było mało, sprzęt który znajdziemy nawet w mikroskopijnych lokalach jakością i poziomem kawowego funku przewyższa niejedną, znaną, warszawską kawiarnię.

Pierwszą kawiarnią, od razu tego samego dnia, jak przyleciałem, był 센터커피 – Center Coffee. Ich obecną zasadą jest, że mają tylko kawy odmiany Geisha, palone przez siebie, a więc nie dość że tylko specialty, to jeszcze najbardziej specialty z możliwych. Gdy z chłopakami z ECT rozmawialiśmy z właścicielem całego, bardzo młodego przedsięwzięcia, tłumaczył to posunięcie wielkim tłokiem kawowym w koreańskiej stolicy. Jak twierdzi, Seul to miejsce, gdzie o kawę jakości specialty jest bardzo łatwo i trudno jest się wybić z czymś nadzwyczajnym. To jego sposób. Do tego ten wystój i identyfikacja wizualna! Miejsce obłędne.

Seul center coffee

Center Coffee w Seulu /fot. własne

Odwiedziłem też 프릳츠 커피 컴퍼니 – Fritz Coffee Company. Ta palarnia wypalała kawy dla zawodników na Mistrzostwa Świata Aeropress. Posiadają aż trzy kawiarnie w mieście. Byłem dwukrotnie w głównej siedzibie. Wystrój kompletnie inny od Center Coffee, ale również bardzo klimatyczny, odmienny od europejskich lokali. Również ze świetną identyfikacją wizualną oraz bardzo smacznymi, własnymi wypiekami. Kawa także bardzo dobra, przywiozłem dla siebie dwie paczuszki właśnie stamtąd.

Seul Fritz Coffee

Fritz Coffee Company /fot. własne

Trzecie miejsce, które bardzo zapadło mi w pamięci to kawiarnia, do której trafiłem dzięki przygotowanej przez ekipę Black Water Issue kawowej mapie. W życiu sam bym tam nie trafił, ale akurat przechodziłem w pobliżu, postanowiłem zatem zboczyć i zajrzeć, nie wiedząc nawet czego się spodziewać. Bo gdy masz podaną nazwę… 이로공작, możesz spodziewać się wszystkiego. Tak, ta kawiarnia nawet nie ma podanej nazwy w bardziej zrozumiałym dla nas alfabecie. Niewielka, znajdująca się pośrodku zwykłego osiedla domków. Jednocześnie jest to showroom firmy projektowej i rękodzielniczej. Na blacie stoi potężny ikej oraz LaMa GS3. Barista wręcz z nabożnością parzył dla mnie dripa, a ja siedziałem z wielkimi oczami, nie mogąc uwierzyć co oferuje Seul. Bo takich punktów są setki w tym mieście.

Seoul

Magia! /fot. własne

Ponadto podczas targów Cafe Show miałem okazję spróbować kaw jeszcze z kilkunastu innych, koreańskich palarni. Obłęd. Tak, jak wspomniałem na początku tej części – Koreańczycy nie mogą się tylko interesować kawą. To musi być obsesja i perfekcja.

Seul, miasto doznań

Seul mnie zachwycił. Ilość wrażeń, doznań, smaków, przygód, ludzi i rozmów sprawiły, że ten wyjazd zaliczam do jednych z ważniejszych w moim życiu. Mam tu na myśli poszerzenie horyzontów, nie tylko kawowych, mnogość idei, pomysłów i doświadczeń, które kształtują późniejsze życie. Może brzmi to bardzo górnolotnie, ale po tygodniu od powrotu nadal takie odczucia we mnie siedzą. Choć byłem już w różnych miejscach na świecie i za każdym razem staram się zaadaptować do swojego życia coś nowego z takich podróży, Seul dał mi chyba najwięcej nowych bodźców. Mało tego. Mimo kompletnej odmienności kulturowej i egzotyki, czułem się tam po prostu dobrze, spokojnie i bezpiecznie. W tym całym pędzie i życiowym wyścigu, który tam się odbywa, gdzie ludzie harują po kilkanaście godzin dziennie, by potem dalej z kolegami z firmy pójść w alkoholowo – jedzeniowe tango do świtu. A jednak można było tam się poczuć dobrze i swojsko.

Wróciłbym tam chętnie.