The Coffeevine – potrójna niespodzianka, potrójne szczęście

The Coffeevine

Subskrypcja kawy może przybierać różne formy. Albo zapisujemy się na regularne przesyłki z konkretnej palarni, albo można zdecydować się na szerszy przekrój, co proponuje choćby The Coffeevine. Coś za coś, oczywiście.

Subskrypcja kawy została już raz przeze mnie opisana kilka miesięcy temu. Przedstawiłem tam dość szeroko swoje spostrzeżenia, wspominając, między innymi, właśnie o The Coffeevine. Wtedy jednak pisałem to z perspektywy teoretycznej, analizując dostępne w sieci treści, porównując ceny, oferty i wszelkie za i przeciw. Jednak pod koniec czerwca naszło mnie, że pora spróbować czegoś nowego spośród ziaren i jakoś w końcu dotarłem do The Coffeevine. Postanowiłem zagrać z kawowym losem.

The Coffeevine to holenderska inicjatywa, która w tej formie działa raptem od roku. Przez ten czas jednak udało im się wypracować niezłą rozpoznawalność, co przekłada się na coraz ciekawsze współprace. Tak, współprace – cała zabawa z amsterdamskim zespołem polega na zapisaniu się w ciemno na subskrypcję (od jednorazowej do rocznej, co miesiąc), ale nie kawy z palarni The Coffeevine, bo taka nie istnieje, a z trzech różnych, światowych palarni. Właśnie tym novum, przynajmniej na skalę europejską, jest kumulacja kilku marek kawowych w jednej paczce, która co miesiąc przybywa do naszych drzwi.

The Coffeevine

Jak to dokładnie wygląda? Każdy miesiąc, a więc każda subskrypcja, posiada jakiś motyw przewodni. Akurat na lipiec, na kiedy się załapałem ze swoim zamówieniem, przypadł wątek summer love, o czym za chwilę szerzej. We wcześniejszych miesiącach można było poczuć kawową interpretację takich wątków jak San Francisco, BeNeLux, In Bloom czy Carnival of Flavours. Oczywiście przy zamówieniu nie wiemy nic o tym, co zaplanowali dla nas na dany miesiąc. Ta informacja jest podana dopiero na początku każdego miesiąca, gdy paczki zostaną rozesłane do odbiorców. Wcześniej, zespół The Coffeevine wedle swoich kryteriów (nie wiem jakich), wybiera spośród wielu próbek trzy kawy, z trzech palarni. Te trzy palarnie wypalają określoną ilość kawy pod koniec miesiąca i wysyłają całą partię do Amsterdamu. Tam wszystko jest dzielone na porcje (ach, ta Holandia…) po 150g każda i pakowane do takich samych, czarnych opakowań, różniących się tylko kolorem etykiety oraz oczywiście zawartością.

The Coffeevine

Kawy i palarnie, jak wspomniałem, są przeróżne i z całego świata. Na stronie jest pełna historia wszystkich paczek, łącznie ze szczegółowymi opisami ziaren i palarni. Na przestrzeni roku pojawiły się takie marki jak amerykański Four Barrel, szwedzkie Koppi czy Da Matteo, węgierskie Casino Mocca, sporo palarni niemieckich i holenderskich, a w sierpniowej paczce można było znaleźć także polski akcent, bo Brazylię od Coffee Proficiency. W lipcowej paczce, którą zamawiałem, znalazł się hiszpański Nomad, holenderski Stooker oraz niemiecka palarnia Man vs Machine.

Skupiając się na tym, co miałem. W ramach interpretacji summer love w paczce znalazła się Kostaryka Finca Santos (Nomad), Rwanda Rushashi (Stooker) oraz Kenia Kiunyu AB (MvM), kawy te miały doskonale sprawdzić się podczas letnich upałów nie tylko dzięki lekkości smaków, ale i dobrym wynikom przy wszelkich sposobach parzenia na zimno.

Kenia była bardzo słodka, zwłaszcza po przesianiu, kiedy to w smaku mocno uwidoczniły się białe porzeczki. Dokładnie tak. Nie czarne, nie czerwone, a właśnie białe. Taki charakterystyczny smak z dzieciństwa. Zdecydowanie dobra propozycja na lato. Dużo owoców, słodkiego orzeźwienia, soczystości i lekkości. Kostaryka to z kolei inna odmiana słodyczy. Nie taka kwaskowato-porzeczkowa słodycz, a brzoskwiniowo – nektarynkowa. W smaku cięższa od Kenii, z mocnym body, o przyjemnym zapachu owocowym. Natomiast Rwanda była spełnieniem rwandowej klasyki, jeśli tak to można ująć. Odrobina cytrusów, nieco czegoś ziołowego, trochę czekolady. Także smacznie, ale jak na mój gust najmniej letnio z tej trójki i chyba najmniej mi z tych trzech smakowała (ale była smaczna, tak ogólnie).

The Coffeevine .

Co za tym wszystkim idzie? Przygoda. 450g trzech, różnych kaw pod metody alternatywne, z trzech różnych palarni. W sam raz, by przekonać się, co i jak palą gdzieś indziej. Moim zdaniem, to bardzo dobra inicjatywa, na której korzystają wszyscy – poszukiwacze dobrej kawy, bo za jednym zamachem mają kilka kaw i palarnie, które mogą dotrzeć do klienta spoza własnego kraju (a odbiorcy takich zestawów są raczej smakoszami bądź specjalistami, więc kto wie, co z tego może wyniknąć w ostatecznym rozrachunku). Korzysta oczywiście także The Coffeevine, bo nie ukrywajmy, jest to po prostu biznes. Pewnie w wielu aspektach z pobudek bardzo szlachetnych i godnych pochwały, ale nadal biznes, co się chwali. Bo nie ma nic lepszego, jak połączenie tego, co się kocha z możliwością zarobku. A piszę o tym nie bez powodu. Niestety, przynajmniej w warunkach polskich, taka subskrypcja będzie raczej dobrym pomysłem na prezent dla kogoś bądź propozycją, z której skorzysta się sporadycznie. Oczywiście, im dłuższy czas subskrypcji kawy, tym koszt jest niższy, ale nadal w przeliczeniu na złotówki i w przełożeniu na nasze średnie zarobki, wychodzi to po prostu drogo. Jednorazowa przesyłka to koszt 22 Euro (+7 Euro wysyłka). W najtańszym, rocznym wariancie, cena za pakiet to 18 Euro. Nadal sporo, biorąc pod uwagę fakt, że w zamian otrzymujemy niecałe pół kilograma kawy.

Stąd też, przygoda z The Coffeevine to z pewnością coś bardzo interesującego i dobrego. Temu nie mogę zaprzeczyć. Zapewne jeszcze kiedyś skorzystam i jeżeli macie tylko możliwość bądź nie macie pomysłu na prezent dla kogoś z Waszych bliskich Kawoszy, polecam. Ale przy codziennych zakupach, warto rozważyć wszelkie za i przeciw.

  • No tanio nie jest.
    Trzeba doliczyć jeszcze 6,95 EUR za przesyłkę do Polski.
    Ale nie ma co Holendrom zaglądać w kieszeń. Fajny pomysł wart wydanych pieniędzy na dobrą kawę. Holandia to drogi kraj i nawet pasjonaci muszą coś jeść. Nie samą kawą człowiek żyje.

    Z finansowego punktu widzenia, subskrybcja u nich wyjdzie taniej niż samodzielne próby posmakowania świeżych kaw z różnych palarni na całym świecie.

    W sierpniu w pakiecie umieścili kawę wypaloną w Polsce i docenili dobrą polską palarnię. Nieźle! Może polscy Kawosze też zaczną doceniać coś smacznego, co mają praktycznie na wyciągnięcie ręki, zamiast żłopać bez opamiętania i chwalić na internetowych forach poniemiecką zwietrzałą kawę, zalegającą na naszych sklepowych półkach.

    Zabawa w smakową loterię i kupowanie kawy w ciemno mogłoby się sprawdzić w Polsce.
    Mieszkańcy naszego kraju chyba kochają ryzyko, sądząc po tym, co widać przed kolekturami w czasie kumulacji. W głowie się nie mieści, że wykształceni ludzie płaca „podatek od marzeń” a może od głupoty i jeszcze ustawiają się w kolejkach żeby oddać za nic, resztki swoich ciężko zarobionych pieniędzy. Może do co milionowej paczki z kawą włożyć zwitek stuzłotówek i podwyższyć stawkę. Jak ktoś nie wygra to przynajmniej napije się świeżej, dobrej kawy.
    Ciekawe kiedy Holendrzy na to wpadną?

  • Paweł

    I komentarz też taki …po Polsku.