Kawa w domu: Wilfa Svart Manual – zabić za kawę!

Wilfa Svart

Zawsze kiedy wydaje mi się, że w temacie ręcznych urządzeń przelewowych nie można już wymyślić niczego nowego, wychodzi coś, co próbuje podważyć moje założenia. Choćby Wilfa Svart – manualny dripper z małą modyfikacją.

Skandynawowie mają w sobie niespożyte siły designerskie, zwłaszcza jeśli mówimy o designie użytkowym. I nie mam tu na myśli Ikei. Zerknijcie czy to na Design House Stockholm bądź SkandiHus. W Norwegii funkcjonuje nawet taka jednostka (chyba) państwowa, jak Norsk Designråd, czyli rodzaj ministerstwa ds norweskiego designu. Obłęd! Oczywiście krążymy tu po orbitach gustów, a te bywają różne, ale charakterystyki i siły przebicia nie można im odmówić. No i oczywiście ciężkie, lepkie kryminały Nesbo czy Lackberg… Właśnie taki tok myślowy uruchomił mi się w głowie, gdy zastanawiałem się nad sesją zdjęciową. Skandynawia. Norwegia. Design. Kawa. Trudny klimat. Kryminały. Nesbo. Lackberg. Morderstwo… A że u nas akurat pogoda iście ponura, mglista, zdjęcia same ułożyły mi się w głowie.

Jak widać, Norwegowie dobrze sobie poczynają na wielu płaszczyznach, także kawowej. Choćby tytułowa Wilfa. Ta norweska firma ma w swojej ofercie duże ekspresy przelewowe, stawiane na równi z Moccamasterem, podobno dobrej jakości młynek do kawy, a od niedawna także prosty dripper. Właśnie ten, który gości dziś na blogu – Wilfa Svart w wersji manualnej (podkreślam to, bo Wilfa Svart to cała kawowa rodzina, łącznie z ekspresami przelewowymi).

Wilfa Svart

Jak już wspomniałem w pierwszym akapicie, co jakiś czas na rynku lądują nowe propozycje dripperów. Wydawać by się mogło, że nie można w tej kwestii już zbyt wiele nowości wnieść. W końcu i tak sprowadza się wszystko do wsadzenia papierowego filtra w odpowiednio wyprofilowany lejek i wrzucenia do niego zmielonej kawy. Przepis jeden, a efekty… Różne. Bo diabeł tkwi w szczegółach.

Dzięki CoffeeDeskowi miałem okazję przekonać się, że Norwegowie ciekawie potraktowali tego diabła. Albo jak ja to zrobiłem, bo nie do końca w zgodzie z instrukcją.

Wilfa Svart Wilfa Svart

Manualny dripper Wilfa Svart to propozycja domowej kawy firmowana twarzą samego Tima Wendelboe. Tak, aby dopasować się do każdej kuchni, do wyboru są trzy wersje kolorystyczne, wszystkie bardzo żywe – żółty, czerwony i biały. Konkretnie, wyraziście. Do mnie dotarła ta słoneczna opcja. Po wyjęciu z pudełka, okazuje się, że Wilfa Svart to całkiem spory dripper. Jest masywny, wykonany z dobrej jakości tworzywa sztucznego o sporej grubości. W porównaniu do V60 od Hario, Wilfa Svart jest nieco wyższa i ma zdecydowanie większą średnicę podstawy, dzięki czemu nawet najszersze dzbanki i kubki nie będą Wilfie straszne. Skoro już jesteśmy przy podstawce, warto nadmienić o gumowych wypustkach na spodzie, dzięki czemu dripper nie ślizga się, pewnie stoi na naczyniu.

Wilfa Svart Wilfa Svart

To, czym Wilfa Svart wyróżnia się najbardziej to system regulacji przepływu. Kręcąc dripperem w lewo lub prawo zamykamy lub otwieramy wylot na dnie. Według oznaczeń, można całkiem zamknąć otwór, uchylić go do połowy lub odkręcić na maksimum. Patrząc w ofertę Wilfy, taki system występuje też w ekspresach przelewowych. Według instrukcji, powinniśmy zamknąć przepływ, wsadzić filtr, wsypać kawę, wlać nieco wody, aby zrobić preinfuzję (namaczanie kawy), otworzyć korek na odpowiedni stopień (do połowy dla 250ml docelowej objętości i maksymalnie dla 500ml gotowej kawy). Zamysł dobry, choć zapomniano podać, żeby wcześniej przelać filtr gorącą wodą, aby wypłukać niepożądany smak papieru z niego.

Wilfa Svart

Oczywiście pierwszą kawę zrobiłem według instrukcji, w efekcie nie było powodów do narzekań. Dobra kawa, porównywalna do tej choćby z V60. Może nieco cięższa, bo przepływ jest nieco mniejszy i czas był przez to dłuższy. ALE coś podkusiło mnie, żeby wykorzystać Svarta na zasadzie innego urządzenia, czyli Clevera (nie używałem go nigdy, ale działanie jest mi znane). Krótko mówiąc, przelałem filtr, zakręciłem dripper, wsypałem kawę, zrobiłem preinfuzję, standardowo w okolicach pół minuty, po czym bez odkręcania zaworu, kolistymi ruchami uzupełniłem wodą Wilfę do docelowej ilości i tak zostawiłem na trochę ponad półtorej minuty. Po tym czasie odkręciłem maksymalnie przepływ i pozwoliłem wszystkiemu przelać się do dzbanka.

Efekt? Świetny. Dla pewności zacząłem powtarzać ten sposób w następnych użyciach. Za każdym razem, przy różnych kawach (Nikaragua Limoncillo z Coffee Proficiency oraz Gwatemala La Providencia z Solberga&Hansena) w filiżance lądowała kawa o znacznie wyższym body niż w porównaniu do V60, ale jednocześnie bez podnoszenia poziomu goryczy i z mocno zarysowaną słodyczą. Do tego wrażenia były, jakby kawa była nieco bardziej gładka w odbiorze. Efekty morderczo dobre. Z iście zimną krwią piłbym codziennie taką gorącą kawę. Zwłaszcza w przypadku Nikaragui, która w ogóle jest chyba najlepszą kawą, jaką było mi dane pić w tym roku, która sama w sobie jest niesamowicie słodka i aromatyczna, Wilfa Svart bardzo mocno uwydatniła jej zalety, zwłaszcza to krągłe, maślane body i jeszcze bardziej zintensyfikowane zapachy papai i ananasa. Z resztą, przed momentem, szperając po internecie, szukając informacji o filtrach, znalazłem test Svarta w wersji elektrycznej i autor doszedł do tego samego sposobu, który opisałem. Wnioski wyciągnął także takie same.

Wilfa Svart

Konstruktorzy postawili w Svarcie na ścięte filtry trapezowe. Zaginamy miejsca sklejenia filtrów, na dole i z boku, wkładamy go do drippera i przelewamy gorącą wodą. Dokładnie tak, jak w każdej metodzie tego typu. W zestawie znajduje się tylko kilkanaście filtrów, zatem od razu polecam Wam zakup zapasu. Niestety, póki co Wilfa nie ma swoich filtrów. Przynajmniej nie w Polsce. Te, co są dołożone do zestawu bardzo przypadły mi do gustu, ale trzeba kupić inne trapezowe w rozmiarze 02. Pewnie skuszę się na te z Moccamastera, podobno bardzo dobre. Tanie filtry z marketu nie są najlepszym wyborem. Często mają bardzo intensywny, papierowy zapach, którego trudno się pozbyć nawet po przelaniu dużą ilością wrzątku, a do tego ich struktura bardziej hamuje przepływ kawy.

Wilfa Svart

Wykonanie całego drippera uważam za bardzo dobre. Tworzywo jest wysokiej jakości, nic nie trzeszczy, nie odstaje i jest przyjemne w dotyku. Jedyną rzeczą, do której mogę mieć pewne zastrzeżenia to trochę nieporęczny uchwyt. Materiał jednak dobrze izoluje, więc po zaparzeniu można śmiało, bez ryzyka oparzenia, po prostu objąć dripper i go ściągnąć. Wnętrze jest gęsto ożebrowane, po to, żeby nie doszło do przywierania filtra do ścianek i zablokowania przepływu. Dodatkowo u góry znajduje się otwór, który nie pozwala na zapowietrzanie się.

Wilfa Svart

Wilfa Svart to przykład drobnej modyfikacji istniejących rozwiązań z pozytywnym skutkiem dla smaku kawy. A przynajmniej dając taką możliwość co bardziej dociekliwym użytkownikom. Natomiast stosując się do instrukcji uzyska się i tak pozytywne efekty. Zatem, dla miłośników kawy może to być dobry pomysł na prezent, mając na uwadze zbliżające się święta Bożego Narodzenia. Cena trochę skandynawska, bo powyżej 150 złotych, ale nie będą to zmarnowane pieniądze.

Podczas realizacji zdjęć nie zginął ani nie ucierpiał żaden kawowy sprzęt. Zbieżność ofiar i okoliczności jest przypadkowa. 

Za udostępnienie sprzętu do testów dziękuję ekipie CoffeeDesk.pl!

CoffeeDesk