Włoska kawa – weryfikacja mitów

Włoska kawa w Rzymie

Jakiś czas temu pisałem na blogu o Włochach i ich racji stanu jaką jest kawa. Wspomniałem, że włoska kawa jest przeciętna w smaku, włoskie mieszanki zalatują spalenizną, drewnem i dymem, nie wiadomo często, co się w nich znajduje. A że wróciłem niedawno z kilkudniowego pobytu w Rzymie, zweryfikowałem raz jeszcze to, o czym pisałem.

Nieco ponad cztery dni w stolicy Italii zleciało zbyt szybko. Słońce, przyjemny, lekki wiatr i dużo dobrego jedzenia i picia, zwłaszcza alkoholowego. Kiedy zwiedzamy z żoną jakieś nowe miejsca za granicą, staramy się bardziej żyć tym miastem, niż je oglądać i podziwiać. Stąd na pierwszym miejscu stawiamy lokalne knajpki, boczne uliczki, targi, małe sklepki „dla tubylców”, podglądanie, co najchętniej mieszkańcy wybierają z półek. Dopiero na dalszym planie znajdują się zabytki czy inne atrakcje turystyczne.

Nie inaczej było w Rzymie. Oczywiście Koloseum, Forum Romanum czy Panteon zwiedziliśmy. Zajrzeliśmy do Watykanu i kilku kościołów. Jednak największą przyjemnością było leniwe poruszanie się po Zatybrzu, siedzenie w Ombre Rosse Caffe przy lampce aperolu z prosecco i świeżym prosciutto oraz mozzarelą di bufala bądź w Grazia & Graziella nieopodal jedząc bardzo smaczny makaron w ciągu dnia. A wieczorem do restauracji blisko naszego mieszkania (z dala od głównych hoteli, w zwykłej dzielnicy mieszkaniowej) na coś konkretniejszego.

włoska kawa w Rzymie

Rzym. Piękny, choć popularny. fot. własne oczywiście.

No, ale do kawy. Myśląc o kawie w Rzymie, nasuwają się takie kawiarnie jak Tazza d’oro bądź Sant’ Eustachio il Caffe. Tradycyjna, włoska kawa, w sercu Wiecznego Miasta, opisywana w każdym możliwym przewodniku. Tazza d’oro słynąca ze „słodzenia” ziaren zaraz po wypaleniu. Otrzymałem filiżankę espresso, zamieszałem, powąchałem. Cóż, pięknie nie było. Drewnianie, dymnie. W smaku zero słodyczy, za to potężna gorycz i właściwie nic więcej. Przełknąłem, odstawiłem filiżankę, zaliczone, byle znaleźć coś do picia i przepłukać usta. Ale to jeszcze nic, w porównaniu z tym, co przeżyliśmy w Sant’ Eustachio. Najpierw ucieszyłem się, że kawa będzie z ekspresu dźwigniowego. Niestety, obie maszyny ustawione tak, że kompletnie nie widać, co robi barista, jak leci kawa, etc. Gdy na ladzie wylądowały dwie filiżanki espresso, nie mogliśmy się nadziwić, co to takiego jest. Nigdy w życiu nie spotkałem się z tym, że crema może mieć konsystencję ubitego na sztywno białka. Dobrze, że kawa przebiła się spod spodu, gdy przechyliłem filiżankę. A w smaku ponuro, jak gdzieś na środku Islandii, a nie w słonecznej Italii. Gorzko, piekąco, dymnie. To było coś wręcz przykrego. I dookoła, w obu kawiarniach, tłum turystów zachwyconych, że mogą popijać espresso italiano, jakże cudne i jakże pyszne.

Żebyście mnie źle nie zrozumieli. Nie nastawiałem się na nic smacznego, znam charakterystykę włoskich mieszanek spod znanych szyldów, bywałem we Włoszech kilkukrotnie, ale śmiałem twierdzić, że przynajmniej kawa będzie zdatna do spożycia. Atmosfera Włoch, urlopu, słońca, to wszystko wpływa pozytywnie na smak kawy, której u siebie w domu na pewno bym nie chciał mieć. Więc strach myśleć, co jeszcze bym poczuł w tej kawie, gdybym pił ją w warunkach domowych.

Włoska kawa w Rzymie

Po prostu zachwyca.

Potwierdziła się reguła, że włoska kawa jest najbardziej włoska tam, gdzie są Włosi, a nie turyści. Czyli gdzieś raczej na uboczu, w niewielkich kawiarniach. Zupełnie przyzwoite cappuccino mieliśmy serwowane na śniadanie, na które schodziliśmy do baru kilka bloków dalej. Taki klasyczny, włoski bar, w którym pierwsze skrzypce gra telewizor oraz ożywione rozmowy sąsiadów, pochłaniających espresso, pogryzających rogalika i uciekających dalej, do pracy. Miejsce, w którym ramię w ramię stali i dyskutowali młody japiszon pod krawatem z ubraną w zaplamiony olejem kombinezon panią mechanik z dzieckiem raczkującym po blacie i rozsypującym cukier. Kawa nie miała wyrafinowanego smaku, ale przy dobrze, ładnie spienionym mleku, otrzymywało się takie klasyczne, gorzko-czekoladowe cappu, które z przyjemnością wypijało się z rana.

Idąc gdzieś z punku „A” do punku „B”, przez przypadek natknęliśmy się na nowocześnie wystrojoną kawiarnię połączoną ze sklepem. Zobaczyłem śliczną, 4-grupową maszynę Nuova Simonelli i patrząc po gościach lokalu, dość młodych, stwierdziłem, że być może jest to jakiś alternatywny lokal, gdzie młodzi Włosi chcą przełamać nieco tradycje czarnych ziarenek. Prawie się nie pomyliłem. Rzeczywiście, przyglądając się ziarnom w młynku, odniosłem wrażenie, że są dość jasne, jak na włoskie warunki. W espresso oczywiście znalazła się włoska kawa, ale przełamana nieco. Było trochę lżej, nieco orzeźwienia i aftertaste był czymś wzbogacającym podziwianie wąskich, rzymskich uliczek, a nie przekleństwem, że woda nie chce pomóc.

Włoska kawa pośród rzymskiej historii

Gdzieś między historią Rzymu.

Włoska kawa na włoskich ulicach

Magiczne uliczki Rzymu

Oczywiście, po drodze były jeszcze różne kawy, przy okazji jakiś odpoczynków i dożywiania się, ale powyższe przypadki to te najbardziej jaskrawe i charakterystyczne dla tego wyjazdu.

Więc po raz kolejny zweryfikowałem to, że włoska kawa w rzeczywistości nie jest tą, którą opisują sami Włosi. Ta jest legendarna. A bardziej trafnym określeniem jest – mityczna. To słowo klucz, chwyt marketingowy, soft power Włoch, popkulturowy obrazek i potężna machina promocyjna. Tak po prostu jest.

włoska kawa w Rzymie

Gdzieś nad Tybrem.