Kierunki urlopowe dość standardowo wypadają na południe Europy. Hiszpania, Włochy, Grecja czy ukochana przez Polaków Chorwacja. Nie ma się czemu dziwić – wszak w okresie letnim wiele osób chce wygrzać się w słońcu i zażyć morskich kąpieli, z większą gwarancją dobrej pogody, niż w Polsce. Ale warto życzliwie zerknąć na naszych nadbałtyckich sąsiadów – Litwę, Łotwę i Estonię. Dość blisko, niesztampowo, z interesującym, europejsko-rosyjskim koktajlem i kilkoma miejscami na kawę.

Pomysł na odwiedziny trzech nadbałtyckich stolic wyklarował się przez… tłok na Mazurach. Trudno było znaleźć w sierpniu nocleg w jednym miejscu na cały tydzień, więc zamiast przenosić się w inną część tego zakątka Polski, po szybkiej analizie mapy, Wilno było bardzo blisko. Natomiast z Wilna to już niecałe cztery godziny do Rygi. Stamtąd to już tylko kolejne cztery do Tallina… Nie pozostało więc nic innego, jak wsiąść w Czerwoną Strzałę i pomknąć na północny – wschód. Plan był prosty – wieczorem dojazd do stolicy, krótkie zwiedzanie, nocleg, cały dzień szwendania się przeplatanego kawą oraz jedzeniem i późnym popołudniem wyjazd do następnego miasta. Na Tallin padła rezerwacja na dwa noclegi. Krótko mówiąc – doba w każdym z tych miejsc pozwala na zaczerpnięcie tamtejszego klimatu i smaku. Warto!

Litwa

Jadąc do naszych bezpośrednich sąsiadów, warto zahaczyć o Sejny. To niewielka miejscowość przy granicy z Litwą, z bogatą, polsko-litewsko-żydowską historią. W Sejnach i okolicy przenikają się ślady Katolików, Protestantów, Semitów, Rosjan –  staroobrzędowców, Karaimów, Tatarów czy Białorusinów. To wiele mówi o złożonej i na pewno nieraz trudnej historii tamtych regionów. Warto przystanąć zatem, zerknąć na łagodne pagórki, zajrzeć do synagogi, którą zarządza obecnie Fundacja „Pogranicze”, bazyliki z grobem biskupa oraz poety Antanasa Baranauskasa czy poszukać niewielkiego kościoła ewangelickiego, a na koniec posilić się w karczmie Dom Litewski (w sezonie tłoczno!). Może wydawać się dziwne, żeby posilać się w litewskim zajeździe w Polsce, przed wjazdem na Litwę. Ale polecam to zrobić, bo trasy główną drogą od Sejn do Wilna przez Olitę nie można zaliczyć do szlaku kulinarnego. Natkniemy się najwyżej na stacje benzynowe. Zjazd z krajówki wiąże się z częstą koniecznością rezygnacji z drogi asfaltowej na rzecz ubitej, żwirowej, choć nawigacja traktuje je jako zwykłe, wojewódzkie i gminne trasy.

strangelove vilnus
Strangelove /fot. własne

Poza tym, za oknem samochodowym widoki monotonne. Pola, lasy, sporadyczne, ubogie zabudowania. Wjazd do Wilna też nie zachwyca. Porównując, atrakcyjniej wygląda nawet wjazd do Warszawy od strony Białołęki czy Wesołej. Litewska stolica śmiało pokazuje swój postsowiecki ubiór, gdzieniegdzie kryty współczesnymi łatkami. Im bliżej starego miasta, tym lepiej. Aż do samego centrum, które zachwyca swoją wielkością (to największe Stare Miasto w Europie Środkowo – Wschodniej), gwarem, zapachami i kolorowymi sklepami, zarówno z rękodziełem jak i drogimi markami światowych projektantów. Fani architektury sakralnej będą wniebowzięci – tu znajdzie się ją na każdym rogu.

Wilno ma kilka kawowych zakątków. Są to, między innymi, Taste Map oraz Strangelove. Oba projekty są jednocześnie palarniami i znajdują się w dobrej lokalizacji, bez problemu do zahaczenia podczas spaceru między głównymi atrakcjami miasta. To, co rzuciło mi się w oczy (i w język), to zdecydowanie ciemniejsze palenie kawy do metod przelewowych, niż znam z większości polskich palarni specialty. Miało to też wyraźny wpływ na smak napoju, który był dość ciężki, z mocniej zaakcentowaną goryczką i mniejszą dawką owoców, niż można by się spodziewać po, na przykład, Etiopii. Dotyczyło to kaw z obu palarni. Ale flat white w Taste Map, gdzie bazą była naturalna Etiopia, bardzo mi posmakowało – jogurt jagodowy z drożdżówką. Wileńskie lokale należą do tych ładnych. Zwłaszcza Strangelove spodobał mi się pod względem projektu wnętrza i zagospodarowania ogródka. Przyjemne miejsce do odpoczynku po zwiedzaniu zabytków czy wspinaczce na Górę Trzykrzyską.

Ryga

Trasa samochodem pomiędzy stolicą Litwy i Łotwy nie należy do uciążliwych, ale szerokie dwupasmówki to nie są. Poza tym, trzeba mocno uważać na bardzo gęsto rozstawione fotoradary. Kultura jazdy w każdym z tych trzech, nadbałtyckich państw mocno odbiega od tej znanej mi z Polski. Wynika to pewnie w dużej mierze z bardzo wysokich mandatów nakładanych na kierowców za przegięcie z prędkością. Zatem jeśli nawigacja pokazuje Wam cztery godziny jazdy, zrobicie je w cztery a nie w trzy i pół.

Ryga wita inną zabudową niż Wilno. Tu przewija się wschód z zachodem. Przyjazd po zmroku daje możliwość przywitania się ze starym miastem w niesztampowy sposób, zaglądając do którejś z knajp czy restauracji. Podziwianie architektury nabiera lepszego smaku. Dla mnie to było pierwsze spotkanie z Rygą i ta część miasta bardzo mi się spodobała. Miałem mocne skojarzenia z miastami Belgijskimi czy Holenderskimi. Strzeliste budowle, protestanckie kościoły, schludne kamienice.

Ryga zwiedzanie
Ryga /fot. własne

Tylko ileż można oglądać?! Dzień można dobrze rozpocząć w MIIT Coffee, gdzie były kawy z kilku łotewskich palarni oraz śniadanie w formie bufetu. Chętni znajdą też coś z procentami. Kawy ponownie okazały się ciemniejsze i cięższe niż te dostępne w Polsce (mam na myśli oczywiście kawy specialty). Ale smaczniej niż w Wilnie. Stamtąd najlepiej wybrać się poznać prawdziwe, ryskie smaki – na hale targowe Rigas Cetraltirgus – znajdujące się w dawnych hangarach, w których konstruowano cepeliny. Teraz wypełnione są stoiskami z mięsem, serami, przekąskami, rybami oraz niewielkimi barami, w których można na szybko zjeść kanapkę ze śledziem, pierogi z serem na słodko z koperkiem czy smażony czarny chleb z serem i czosnkiem. Upolujcie też pączka nadziewanego ziemniakiem! To da Wam dobre tło do zwiedzania Rygi, miasta, w którym swobodnie przewija się duch wpływów hanzeatyckich, sowieckich, unijnych, zachodnich, rosyjskich… Interesująca mieszanka trudna do podrobienia. Widać to w zabudowaniach i w jedzeniu.

Odwiedzając Rygę, nie możecie nie odwiedzić największej i najbardziej znanej palarni kawy z Łotwy – Rocket Bean. To naprawdę duże przedsięwzięcie i liczące się na rynku. Rocket wypala w tym roku oficjalną kawę z okazji stulecia niepodległości Łotwy. Ich sklep połączony z palarnią i kawiarnią jest śliczny, pełny drewna, z ogromną przestrzenią i detalami takimi jak kubki czy koszulki.

Jeśli chcielibyście zostać dłużej, lubicie morze Bałtyckie, a nie jesteście fanami obleganych plaż w Kołobrzegu czy Międzyzdrojach, Łotwa będzie dobrym wyborem. Nieopodal Rygi jest Jurmała, łotewski kurort o mocno sowieckim sznycie, ale puste plaże i długo ciągnąca się płycizna wynagrodzą Wam niektóre niedociągnięcia.

Natomiast kierując się główną drogą w stronę Tallinna, także znajdziecie piękne miejsca nad morzem, gdzie można na chwilę zatrzymać się i pospacerować. Trasa biegnie przez wiele kilometrów wzdłuż Bałtyku.

ryga zwiedzanie
Ryga /fot. własne

Tallin

Kolejne cztery godziny w samochodzie i stolica Estonii stoi przed Wami otworem, całą swoją okazałością. Tallińska starówka mnie urzekła. Jest bardzo ładna, kolorowa, czuć powiew północy. Mnóstwo restauracji, lokalnych przysmaków, łatwo dostępne piwa kraftowe i mili ludzie. Jednocześnie przeplatają się tu wpływy wschodnie, z górującym nad miastem Soborem Aleksandra Newskiego i licznie dostępnymi stacjami radiowymi w języku rosyjskim. Oto Tallinn.  Spacer między kamienicami, po brukowanych uliczkach, wspinającymi się i opadającymi w nieregularnym rymie to czysta przyjemność. Można śmiało przystanąć na kanapkę ze śledziem i kufel piwa w jednym z licznych lokali. Jednak jeśli chcecie zaznać czegoś nieszablonowego, wyjątkowego, pysznego i lokalnego, koniecznie musicie swoje kroki skierować do restauracji Von Krahli Aed. Restauracja jest bezpośrednio na starym mieście, łatwo ją zlokalizować, co jest dużym atutem przy krótkim pobycie w mieście.  To, co wyróżnia ten projekt od innych lokali gastronomicznych w centrum Tallinna, to ogromny nacisk na lokalne, sezonowe produkty. Nie słyszałem wcześniej o tej restauracji, znalazłem ją przez przypadek na facebooku, eksplorując co jest dostępnego w okolicy. Po szybkiej analizie menu zapadła decyzja, że koniecznie trzeba tam zajrzeć.

Tallinn zwiedzanie
Sobór Aleksandra Newskiego w Tallinnie. /fot. własne

Dawno nie spotkałem się z tak uprzejmą, a jednocześnie niezwykle kompetentną obsługą kelnerską. Dziewczyna wiedziała dokładnie, co znajduje się w menu, z czego składają się potrawy i dlaczego wybrano takie, a nie inne połączenia smakowe. Do tego krótki spis dań, identycznych dla wegetarian jak i mięsożerców. Różnica polegała tylko na głównym składniku, który pojawiał się w wersji mięsnej bądź roślinnej. Cała reszta była dobrana tak, że pasowała do obu preferencji. Nie spotkałem się jeszcze z takim rozwiązaniem. Obłędna zupa rybna, delikatna, ale pełna umami, do tego kotlet z selera z puree, z musztardą gruszkową i pieczonymi warzywami bądź pieczarki portobello z kaszotto oraz ciemnym sosem. Do tego kraftowy tonik (pyszny, wytrawny, o złocistej barwie) lub kwaśne, orzeźwiające wino agrestowe. Pomiędzy tym ciemny chleb wypiekany na miejscu, lekko słodki i słodowy. Ah!

Pod względem ilości kawiarni z dobrą kawą Tallinn nie jest w czołówce. Kilka lokali, gdy robiłem rozpoznanie, miało akurat adnotację, że mają przerwę wakacyjną. Na szczęście zaraz obok hotelu, w nowoczesnej dzielnicy pełnej kraftowych pubów, azjatyckiego jedzenia i butików odzieżowych, znalazł się Rost. Śniadanie obowiązkowo tam. Słodka bułka, dokładnie taka ze Sztokholmu, tyle że jeszcze ciepła, prosto z pieca bądź wyrabiany na oczach klientów chleb na zakwasie. Do tego kubek pysznego przelewu – z termosu bądź przygotowywanego w Kalicie – z jakiejś skandynawskiej palarni. Przysiąść z boku i obserwować poranny, lokalny, duży ruch przy barze. Dobrze, że Rost został ponad tysiąc kilometrów ode mnie, bo brzuch gwałtownie dostałby dodatkowych kilogramów!

Talinn podróż
Panorama Tallinna /fot. własne

Nadbałtyckie zakamarki

Każda z nadbałtyckich stolic ma w sobie jakiś urok. Każda z nich inny. Niepowtarzalny. Spędzenie tam nawet kilku godzin pokazuje, jak bardzo różnorodne są miejsca znajdujące się na wyciągnięcie ręki. Nie trzeba wielotygodniowego planowania, by wyskoczyć do naszych sąsiadów, zwłaszcza że wszystkie należą do Unii i poruszanie się między nimi nie stanowi żadnego kłopotu.

Byliście w Wilnie, Rydze bądź Tallinnie? Jakie są Wasze wrażenia?