Orlen postawił na kawę – Etiopia Chelelektu.

orlen cafe kawa etiopia

Ostatnio, będąc na jednej ze stacji Orlen, natknąłem się na półkę z Aeropressami, młynkami, filtrami… i kawą jednorodną, z dokładnym opisem pochodzenia, metodą obróbki czy profilem smakowym. Cena bardzo przyzwoita… Dla celów poznawczych po prostu musiałem kupić sobie paczkę. Poczyniłem testy, zaparzyłem na różne sposoby i…

Etiopia Chelelektu z Orlen Cafe

Kiedy na facebooka i instastory wrzuciłem zdjęcie z tą paczką, komentarze i wiadomości posypały się jak szalone! Koniecznie chcieliście się dowiedzieć, co to tam siedzi i czy jest zdatne do pożytku. Kilka osób podpowiedziało mi, że już testowali i jak za te pieniądze, wybór był zupełnie przyzwoity. Zatem, mam nadzieję, że dzisiejszy tekst zaspokoi Waszą ciekawość!

Opakowanie zawiera większość informacji, które znajdzie się na kawach dobrej jakości. Czyli kraj i region pochodzenia, metodę obróbki, odmianę botaniczną, wysokość upraw czy profil smakowy. Niestety, zabrakło informacji o dacie palenia. Jest tylko podana data przydatności, która w moim wypadku wskazywała 12.2018. Zakładam zatem, że palona była w grudniu 2017. Zapach dobiegający z paczki (a kupowałem ją początkiem stycznia) sugerował, że tak raczej było.

Ponadto, oczywiście logo Orlen Stop Cafe, ale udało się znaleźć palarnię, która wypaliła ziarna – Miko Koffie z Belgii, natomiast dystrybucją u nas zajmuje się polski oddział Miko, który w swoim portfolio ma, między innymi, znaną wielu osobom palarnię Freehand Coffee Roasters – corocznie występująca jako jeden ze sponsorów Mistrzostw Polski Aeropress choćby.

Na półce, prócz dzisiejszej Etiopii, można było znaleźć jeszcze kolumbijskie ziarenka. Cena? 24,99 za paczkę 250g. Więc bardzo atrakcyjnie, a z drugiej strony może podpowiadać, że coś nie do końca dobrze jest z tymi ziarnami. Nie pozostało mi nic innego, jak sprawdzić to.

Parzenie

Otworzyłem paczkę, zapach intensywny, przyjemny, absolutnie nie kojarzący się ze spalenizną, czy jakimiś defektami. Ziarna, po wysypaniu na spodeczek, z wyglądu nie odbiegały jakoś szczególnie mocno od Etiopii wysokiej jakości. Może rozrzut wielkości był nieco bardziej widoczny, niż w porównaniu do ziaren specialty, znalazło się nieco połamanych. Ale kolor wypału bardzo zbliżony do porównywanej Etiopii Tade z Solberga & Hansena i Etiopii Kelloo ze Story Coffee Roasters. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech zaskoczenia.

Zatem najpierw klasycznie drip V60, czyli coś, co lubi się z klasycznymi, mytymi Etiopiami. Będę miał dobry punkt wyjścia. Wszystko potraktowałem standardowymi ustawieniami, czyli doza 18g/300ml, temperatura w okolicach 94 st. C, czas parzenia do 3:00 minut.

orlen cafe kawa

Od lewej Etiopia Tade, Solberg & Hansen, Etiopia Chelelektu, Orlen Cafe i Etiopia Kelloo, Story Coffee

Efekt? Rety! Naprawdę dawno nie piłem tak klasycznie cytrusowo – herbacianej, klasycznej Etiopii! Lekkość, rześkość, wyraźna bergamotka i cytryna, herbaciany posmak. Zarówno w zapachu jak i smaku. Nie mogłem wyjść z wrażenia. Niestety, pierwszy, pozytywny szok zaczął ustępować. Jakby to Wam ładnie opisać… To było trochę tak, jakbyście zanurzyli łyżkę w sałatce owocowej, wzięli sobie porcyjkę do buzi, a następnie okazało się, że miska zniknęła i bezradnie machacie łyżeczką dookoła, szukając kontynuacji smaku. Za tym ładnym, pierwszym uderzeniem krył się błyskawiczny, wręcz nastolatkowy, finisz, gdzie po pierwszej dawce emocji nagle jest koniec.

Czy zatem kawa była niepijalna? Tego powiedzieć nie mogę. Gdybym był w dużej potrzebie kawowej, a byłaby, na przykład, niedziela rano, wszystkie kawiarnie zamknięte, a sklepy internetowe tym bardziej nic nie zdziałają, z przyjemnością takiej kawy bym się napił i nie kręciłbym nosem.

Cupping

Parzenie, parzeniem. Można tu dużo kombinować, ale i sporo spaprać. Zabrałem zatem Orlen na cupping w towarzystwie wspomnianych na początku innych, dwóch, mytych Etiopii – Tade z Solberga & Hansena oraz Kelloo z warszawskiego Story Coffee Roasters. Co ciekawe, wszystkie trzy kawy były palone w podobnym czasie (jeśli ta ze stacji benzynowej była faktycznie palona w grudniu), więc tym bardziej porównanie miało sens.

Suchy aromat wszystkich trzech kaw był do siebie zbliżony. Przyjemny, słodki, czekoladowo – ziołowy. Użyłem 8,25g kawy na 150ml wody o temperaturze 95 st. C (po szczegóły odsyłam zainteresowanych do mojego wpisu o cuppingu, jego podstawach, założeniach i sensie).

orlen cafe

Zaraz po zalaniu, aromat kaw był nadal zbliżony, choć Etiopia Chelelektu reprezentująca Orlen Cafe, miała ten aromat najsłabiej wyczuwalny. Nie zrobił mi się na niej także klasyczny kożuch na powierzchni, tylko kawa opadła na dno. Po czterech minutach przełamałem kożuch (break da crust! Tam, gdzie był), zdjąłem resztki fusów, odczekałem jeszcze kolejne cztery minuty i przystąpiłem do siorbingu.

Na początku smaki były zbliżone do siebie, raczej w klimacie czekolady i delikatnej ziołowości, choć Etiopia Tade z Solberga & Hansena wybijała się na przód przyjemniejszym, pełniejszym body. Etiopia Chelelektu, ponownie, jak w parzeniu w V60, szybko kończyła się, finisz był krótki i trudno mówić o jakimś aftertaste. W miarę stygnięcia, różnice coraz bardziej uwidaczniały się. W Etiopii z Orlenu, owszem, zarysowała się przyjemna, cytrusowa kwaskowatość, ale niestety nic poza nią się nie pojawiało. Body niskie i brakowało jej rozwinięcia, tego drugiego planu. Było to tym bardziej wyczuwalne, gdy zaraz po niej spróbowałem Etiopii Tade, która też pokazała nieco owocowego klimatu, ale działo się tam zdecydowanie więcej. Body, choć średnie, było wyraźnie zarysowane, słodkie, pozostawał długi aftertaste. Etiopia Kelloo, choć mniej rozwinięta od tej wypalanej w Norwegii, była nadal słodsza i ciekawsza od orlenowej.

orlen cafe

Zatem?

I znów zadaję sobie pytanie. Czy Etiopia Chelelektu z Orlen Stop Cafe jest kawą niepijalną? Ponownie odpowiadam – nie, nie jest. Nadal uważam, pomimo, że w cuppingu porównawczym wypadła dość blado, jest kawą bardzo znośną i sensowną. Zważywszy na to, że nie jest to kawa segmentu specialty, jej cena jest bardzo rozsądna, jest dość powszechnie dostępna i świeża, to ostateczny rozrachunek i tak jest na plus. Tym bardziej, że trzeba pamiętać, iż oferta Orlen Cafe nie jest kierowana raczej do kawowych świrów, tylko do zdecydowanie szerszego grona klientów.

orlen cafe

Niestety, nie udało mi się uzyskać odpowiedzi ze strony Orlenu na temat ich oferty kawowej, dlaczego zdecydowali się na taki nietypowy krok, jak wprowadzenie takiego asortymentu na stacje i jakie są dalsze plany rozwoju tej gałęzi produktów. Mnie osobiście jednak cieszy, że kawa ze stacji benzynowej, przynajmniej w przypadku tej sieci, przestała być niepijalną, syfiastą, rozpuszczalno – spaloną lurą, a czymś, co faktycznie może poratować w czasie długiej podróży samochodem.

Jeśli macie jakiekolwiek pytania jeszcze, a może spostrzeżenia i opinie, śmiało, piszcie i komentujcie!