Dusza w espresso

ekspres dźwigniowy

Minimalizm, stal, szkło, kamień, proste kąty, biel, szarości. Współczesny design choć potrafi zachwycić, wydaje się nieco pusty i zimny. Czasami wręcz bezduszny. Czy taka bezduszność może przełożyć się na smak? Patrząc na to, co może dać stary ekspres dźwigniowy, można wysnuć taką tezę.

Dla wielu kwintesencją kawy jest espresso. Skondensowane, gęste, lepkie, gorące, z lśniącą cremą na powierzchni. Dwa łyki a doświadczeń jak w pół litra. Kawy. Wcale się nie dziwię takim osobom. Sam uwielbiam poprawnie przygotowane espresso z dobrych, świeżych ziaren, gdzie odnajdę zarówno nuty owoców tropikalnych, jak i marcepanu czy czekolady oraz orzechów.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, żeby uzyskać dobre espresso, wypadałoby mieć w domu naprawdę dobry ekspres, młynek i pewne umiejętności. Nie jest to aż tak prosta sztuka, jak mogłoby się z początku wydawać. Do tego sprzęt taki zajmuje sporo miejsca, czasami hałasuje, zamieszania co nie miara. A i tak efekty mogą być różne. Natomiast jeśli komuś zamarzy się ekspres automatyczny, tu dochodzą jeszcze takie kwestie jak elektronika, dziesiątki programów, skomplikowane układy podająco-zaparzające, niewielki zakres regulacji młynka i espresso w filiżance raczej nigdy nie będzie tym Prawdziwym Espresso. Wszystko to ładne, błyszczące, do postawienia nawet w salonie, a nie w kącie kuchni, ale jednak czegoś brakuje… Duszy?

ekspres dźwigniowy

Ararex Caravel 2.0 1973 rok //fot. własne

ekspres dźwigniowy

La Peppina, 1965 rok //fot. własne

Bo gdyby tak sięgnąć kilkadziesiąt lat wstecz… Niewielka maszyna, kilkaset mililitrów zbiornika na wodę, który jest jednocześnie bojlerem, kilka sprężyn, tłok, grzałka i wajcha. Tak. Ekspres dźwigniowy. Do tej pory profesjonalne maszyny ciśnieniowe nadające się do pracy w kawiarni mogą być wyposażone właśnie w taki ręczny system sterowania i kosztują niemałe pieniądze. Koneserzy doceniają inną charakterystykę smaku espresso jakie daje ekspres dźwigniowy i większe dopieszczenie kawy (przy prawidłowej obsłudze). Jednak z domowej kuchni ekspres dźwigniowy uciekł, wypchany przez maszyny z elektryczną pompą, sterowane przyciskami. Wiele osób zatęskniło do takiej włoskiej klasyki i przeszukują wszelkiego rodzaju serwisy aukcyjne, zwłaszcza te zagraniczne z nadzieją na odnalezienie dźwigniowych perełek sprzed kilkudziesięciu lat. Do remontu, do renowacji, ale z duszą. Podziwiam takich zapaleńców do tego ze smykałką do drobnych napraw i odświeżania retro sprzętów, dużo roboty, ale miałem okazję przekonać się, że doznania które otrzymuje się w zamian są warte poświęconego czasu.

Mój znajomy z forum kawowego, Michał Filipek, jest właśnie takim dźwigniowym zboczeńcem. Ostatnio próbował przekonać mnie, że ekspres dźwigniowy w domu, zwłaszcza w małej kuchni, to świetne rozwiązanie. Podesłał mi dwie swoje odnowione maszyny, La Peppinę oraz Arrareksa Caravela. Oba te modele są niezwykle popularne wśród amatorów domowych dźwigniowców. Konstrukcje są bardzo proste, części do tej pory można bez większych problemów dostać i w internecie łatwo uzyskać ewentualną pomoc od innych użytkowników tych maszyn. Jednocześnie egzemplarze do delikatnego remontu można dostać za relatywnie niewielkie pieniądze rzędu kilkuset złotych.

ekspres dźwigniowy

Dźwignia w La Peppinie //fot. własne

W czym tkwi fenomen tych ekspresów, że po latach nadal chce się ich używać? Gabaryty są dla wielu osób ważne. Zarówno Caravel jak i La Peppina należą do grupy małych urządzeń. Zajmują mniej miejsca niż niejedne pseudo-ekspresy na kapsułki. Ekspres dźwigniowy to także niemal bezgłośna praca. Najgłośniejszym dźwiękiem, jaki wydobywa się z ekspresu to bulgot wrzącej wody. Cały proces parzenia jest bezgłośny (nie licząc tego soczystego dźwięku wlewania się gęstego strumienia espresso do filiżanki!). Ponadto ich design naprawdę może się podobać i po odświeżeniu może dobrze wpasować się we współczesne przestrzenie.

To wszystko jednak jest tylko dodatkiem do najważniejszego – tworzenia espresso. Tak, tworzenia. Myślę, że to dobre określenie w przypadku takich maszyn.

La Peppina Michała trafiła do niego z Niemiec. Data grzałki datowana jest na rok 1965 i taką datę zakłada jako wyjściową dla całej maszyny. To 51 lat! Renowacja pochłonęła trochę kosztów, ze względu na nietypowy stop podstawy ekspresu (ZnAl, czyli cynk z aluminium), trudny w obróbce i bardzo kiepski stan samego bojlera, zeżartego przez rdzę. Brakowało też nietypowych narzędzi. Jednak finalny efekt przeszedł wszelkie oczekiwania i obecnie ekspres wygląda pięknie. Matowy, kremowy bojler nadaje mu sporej dozy współczesnej elegancji, jednocześnie zachowując formę z lat sześćdziesiątych. Jeśli chcecie poczytać o wszystkich przejściach Michała z La Peppiną, z jej renowacją i przywracaniem życia w ten sprzęt, zapraszam do tego wątku na forum. Wszelkie pytania możecie też tam kierować.

ekspres dźwigniowy

La Peppina //fot. własne

La Peppina była ekspresem, po który najczęściej sięgałem kiedy maszyny były u mnie. Banalna zasada działania i bardzo szybkie nagrzewanie wody (i jednocześnie całej grupy, dzięki bezpośredniemu połączeniu jej z bojlerem) przemawiały na korzyść tego sprzętu. Do niewielkiego sitka o małej średnicy można było zmieścić około 13-15g kawy. Zaparzanie sprowadza się do przeciągnięcia dźwigni w dół, jak w jednorękim bandycie, puszczeniu jej na moment, aby przeprowadzić rodzaj preinfuzji, dopóki w filiżance nie pojawiły się pierwsze krople espresso, ponownie wajcha w dół, puszczenie i czekanie aż siła sprężyny i tłoka sama przepchnie wodę przez zmieloną kawę. Można idealnie wsłuchać się w ten soczysty, lepki dźwięk wydobywającego się espresso…

ekspres dźwigniowy

Kolba i grupa La Peppiny //fot. własne

Przez ten ekspres dźwigniowy przeszły różne kawy. Mieszanki, te bardziej owocowo-słodkie, jak i te orzechowo-czekoladowe, niejeden singiel palony pod espresso. Efekt zawsze był przyjemnie zdumiewający. Prócz bardzo dobrego wydobycia odpowiedniego profilu smakowego z konkretnych ziaren, całość była podbita przez bardzo konkretne body, mocne, lepkie, nieco czekoladowe. To była właśnie ta dusza w espresso. Taki ciężki, pyszny szlif. Coś, czego nieraz w kawach ze współczesnych maszyn nie da się uzyskać. Owszem, smaki są bardziej czyste i wibrujące, ale brakuje takiej cudownej gęstości i lepkości.

ekspres dźwigniowy

To espresso z duszą… La Peppina z 1965 roku i współczesne filiżanki //fot. własne

Żółty Ararex Caravel 2.0 dotarł do Michała z Włoch po perturbacjach z ichnią pocztą. Poszukiwania upragnionego modelu trwały dość długo, ale opłaciło się. Sprzęt nie wymagał już większych nakładów finansowych, grzałka była sprawna, potrzeba było tylko wszystko rozkręcić, gruntownie wyczyścić, wymienić uszczelki. Caravel jest dość popularnym sprzętem wśród domowych dźwigniowców, stąd stosunkowo łatwo dostać do niego części i odnowić go wedle potrzeb. A sprzęt również nie należy do najmłodszych. Ten konkretny model to rok 1973.

Przyznam szczerze, osobiście słabiej dogadywałem się z Caravelem niż z Peppiną. Trudniej było mi uzyskać poprawne i naprawdę pyszne espresso, co nie znaczy, że nie jest to możliwe. Mam jeszcze jednego znajomego z taką maszyną, widziałem jakie fenomenalne efekty można na niej osiągnąć. Tylko potrzeba nieco treningów.

ekspres dźwigniowy

Ararex Caravel //fot. własne

Caravel działa trochę inaczej niż wspomniana wcześniej La Peppina. Tam naciągało się dźwignię, która siłą bezwładu odskakiwała i samoistnie wytwarzała ciśnienie. W Caravelu sami siłą własnej ręki nadajemy odpowiednie ciśnienie. Podniesienie dźwigni w górę powoduje otwarcie przepływu i wlanie się wody do grupy. Od tego momentu wszystko leży w naszej dłoni. Ciągnąc dźwignię w dół wywieramy tłokiem ciśnienie na wodę, przepychając ją przez zmieloną kawę. To otwiera bardzo duże możliwości do testowania, jak bardzo moc ciśnienia wpływa na ostateczny smak kawy. Jest to dodatkowa zmienna, którą wykorzystuje się do tego espressowego samozadowolenia. Dokładnie taki mechanizm działa przy tak zaawansowanych, współczesnych maszynach, jak Slayer czy LaMarzocco GS3, gdzie przy pomocy charakterystycznego wiosła na grupie profiluje się ciśnienie, które oddziałuje na kawę i ostatecznie kształtuje espresso. Dodatkowym atutem Caravela był regulowany termostat, czyli można ustawić to, jak mocno woda w bojerze będzie się nagrzewać. Oczywiście nie ma tu elektronicznego wskaźnika na jaką temperaturę chcemy go ustawić, ale można to łatwo sprawdzić przy pomocy zewnętrznego termometru wetkniętego do zbiornika.

ekspres dźwigniowy

Dźwignia w Caravelu – niepozorna i dająca potężne możliwości //fot. własne

I tu, podobnie jak w Peppinie, znów można było znaleźć dużo przyjemniejsze body, bardzo miękkie i czekoladowe, niezależnie od użytej kawy. Ponownie odezwała się ta kawowa dusza.

Oczywiście, taka dźwigniowa zabawa jest skierowana przede wszystkim do fanów czystego espresso. Stare maszyny nie miały jeszcze systemów do spieniania mleka, więc cappuccino w grę nie wchodzi (choć kiedyś miałem przez pewien czas ekspres dźwigniowy Sama Ponte Vecchio, który już miał dyszę). Przy codziennym użytkowaniu nie były to też najwygodniejsze ekspresy. O Peppinie trzeba było pamiętać, żeby ją wyłączać specjalnym wyłącznikiem na kablu, aby się nie przegrzała, Caravel ma dość nieporęczne montowanie kolby w grupie i trzeba trochę to opanować*, nie ma tu mowy o wskaźnikach niskiego poziomu wody w zbiorniku, niewielkie sitka nie pozwalają na stosowanie dóz większych niż 13-15g kawy (a współczesne standardy oscylują w okolicach 18-22g najczęściej). Współczesne maszyny są po prostu łatwiejsze w obsłudze, mniej czasochłonne w codziennym obyciu. Nie ma co do tego wątpliwości.

ekspres dźwigniowy

Piękne, chromowane wykończenie Caravela //fot. własne

Jednak jeśli ktoś chciałby od święta, niczym na wypieszczony, klasyczny samochód wyciągnięty na wiosnę z garażu, poświęcić trochę czasu i swojej duszy na espresso, to ekspres dźwigniowy sprzed lat może być naprawdę dobrą propozycją. Czymś, co może nie jest poręczne, ekonomiczne i bezproblemowe w utrzymaniu, ale dające niezapomniane i niepowtarzalne wrażenia.

*- wcześniej pisałem o nieporęcznym montowaniu w grupie Caravela kolby. Po opublikowaniu wpisu zwrócono mi uwagę, że Michał przed wysyłką, czyszcząc ekspres z rozpędu odwrotnie zamontował dźwignię, stąd zmieniło to mocno ergonomię pracy. Przy prawidłowo zamontowanej wajsze sprawa jest łatwiejsza.

ekspres dźwigniowy

  • pafcio0

    Świetny artykuł i fotki! Te maszyny są łatwe w serwisie i nie do zajechania. Warto wspomnieć, że idea tego typu prostych dźwigniowców zyskuje popularność również we współczesnych konstrukcjach typu Strietman.
    Nie zgodzę się tylko, że cappuccino w grę nie wchodzi – otóż jeśli ma się kuchenkę i ręczny spieniacz-rondelek, to cappuccino robi się szybciej niż w ekspresie bez dwóch bojlerów ;)

  • pafcio0

    Chyba odwrotnie zamontowało Ci się dźwignię w caravelu, dlatego pewnie było niewygodnie :D

    • Ha ha ha! 😅 To juz chyba trzeba Michałowi uświadomić, bo ja sie rozbierania i montowania czegokolwiek nie podejmowałem. W takim stanie maszynę od niego dostałem ;)

      • Michał Filipek

        Czyszczenie i pakowanie przed wysyłką pewnie zaskutkowało złym
        złożeniem. Na szczęście nie przeszkadza to w pracy – za bardzo :)

        • No pięknie ;) Grunt, że działało, choć faktycznie, nie było to poręczne.